Pożyczka pożyczce nierówna – o rynkowym oprocentowaniu finansowania

Przedstawiamy rzeczywisty przypadek kontroli podatkowej u jednego z przedsiębiorców w ramach „walki z transferem dochodu”. O ile cel fiskusa wydaje się racjonalny, to niestety, jak to zwykle bywa, kluczowe jest jego wykonanie. A jak czasem to wygląda w praktyce, możecie Państwo przeczytać poniżej. Jest to przypadek skrajny, ale niestety nie odosobniony.

Sprawa dotyczy finansowania podporządkowanego i niezabezpieczonego otrzymanego w ramach grupy na sfinansowanie powstającej inwestycji. W toku kontroli, urzędnicy postanowili  zweryfikować rynkowe oprocentowanie w pożyczce podporządkowanej, udzielonej na cele inwestycyjne poprzez przeprowadzenie „analizy porównywalności” (cudzysłów zamierzony). Punktem odniesienia dla urzędników do porównania niezabezpieczonego i podporządkowanego finansowania dla nowej inwestycji było… średnie oprocentowanie kredytów udzielanych przez banki wg statystyki NBP. Na marginesie, przy okazji pomylono także walutę pożyczki (zgroza).

Na podstawie „analizy porównywalności” stwierdzono, że podatnik zawyżył koszty uzyskania przychodów. Skutek? Doszacowanie dochodu.

Zaryzykowałbym stwierdzenie, że właśnie w tym miejscu większość z czytających mówi do siebie: „Ale jak to jest możliwe? Błąd!”, „Przecież to dwa zupełnie różne typy finansowania!”. I oczywiście macie Państwo rację. Nie wchodząc nawet w niuanse braku porównywalności pomiędzy finansowaniem bankowym i niebankowym, żeby zrozumieć kardynalny błąd popełniony w tym przypadku przez urzędników, nie trzeba nawet otwierać Rozporządzenia dotyczącego szacowania cen transferowych, które precyzyjnie wskazuje czynniki, jakie należy wziąć pod uwagę przy weryfikacji kosztu finansowania (do czego zachęcam, nota bene wskazuje ono, w jaki sposób powinni szacować ceny kontrolujący). Upraszczając, wystarczy spojrzeć na swoje własne zobowiązania i porównać oprocentowanie kredytu hipotecznego (np. 3%), kredytu na zakup auta (np. 5%) i kredytu w rachunku bieżącym (np. 9%). Trzy kredyty a jednak koszt diametralnie inny. Czyli coś jest na rzeczy.

Kluczowym słowem jest tu szeroko rozumiane ryzyko, jakie ponosi podmiot finansujący. To właśnie ryzyko w znacznym stopniu determinuje koszt pozyskania finansowania. Także w relacjach z bankami. Mowa tu zarówno o ryzyku związanym z samym pożyczkobiorcą i jego działalnością (zdolność do spłaty zobowiązań), ale także ryzykami związanymi z innymi warunkami finansowania: waluta, warunki i terminy spłaty kwoty głównej i odsetek, zabezpieczenie, podporządkowanie, cel finansowania. Nie bez znaczenia są także koszty, inne niż odsetki, które także stanowią o ostatecznej „cenie”.  Wchodząc na wyższy poziom można zapytać – jakie alternatywy miałby podmiot zaciągający pożyczkę w stosunku do otrzymanego finansowania? Nieuwzględnienie tych czynników przez kontrolujących trudno nawet nazwać błędem, szczególnie że istnieją dostępne dane pozwalające na wiarygodne ich uwzględnienie (bezpośrednio lub poprzez dokonanie odpowiednich korekt danych stanowiących podstawę do porównania).

Niestety, mimo ogólnie postępującego wzrostu świadomości tematyki cen transferowych wśród kontrolujących (co jest widoczne) oraz zwiększenia ilości kontroli w tym obszarze (o czym pisaliśmy tutaj: MF zdradza kolejne szczegóły związane z kontrolami cen transferowych), nadal łatwo paść ofiarą rażących błędów niektórych urzędników, co najczęściej skutkuje kosztowną koniecznością dowodzenia swoich racji przed sądem, nawet jeśli obiektywnie – tak jak w opisywanym przypadku – są oczywiste.


Interesuje Cię ten temat? Skontaktuj się z autorem artykułu.

Więcej informacji na temat cen transferowych na cenytransferowe.taxand.pl.

Add a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *